Jak gdy ktoś idzie do celi śmierci, gdzie wskazuje palcem na krzesełko i pyta: "Czy to aby na pewno bezpieczne?", tak i ja mam obecnie podobny, wisielczy humor. Wczoraj wyczytałem o kolejnej pierwszej objawie, a mianowicie o kaszlu z wypluwaniem plciowin z płuc. Nie wiem skąd się te plciowiny u mnie biorą, ale wczoraj dopadła mnie panika. Wieczorem wziąłem tę kartę pod pretekstem dentysty, całą noc myślałem o swojej śmierci, rano ruszam na podwórze, chce zadzwonić na oddział badania, brakuje mi odwagi, w końcu opuszczam osiedle, daleko, idę pod jakieś drzewa na obce osiedle, długo się waham, w końcu dzwonię. "Wybrany numer jest niedostępny." Wracam do domu, po drodze zabrakło odwagi by zadzwonić po raz drugi. Piszę od razu do prostytutki u której byłem taktowną (starałem się jak tylko mogłem) wiadomość z prośbą, by mi powiedziała prawdę. Wchodzę na stronę szpitala, znajduje jakiś inny numer, umawiam się na jutrzejsze badania od rana do 14:00. Zjadłem obiad, odpowiedź od prostytutki już dotarła, o wiele szybciej niż się spodziewałem: "Jak masz do mnie jakieś pytania, to zadzwoń, zamiast zaśmiecać mi miejsce na poczcie!". Oj, no to dupa, ta pani ma hiv, bo jakby nie miała, natychmiast by mi odpowiedziała. Od razu sięgam po telefon, dzwonię. Jeszcze raz mnie okrzyczała, mówiąc, że jest zdrowa, nikt tutaj badań nie robi, ale ona się dobrze czuje. Jakby zarażała, to by już pół miasta do niej wydzwaniało (pocieszające – znaczy się być może jestem pierwszą oznaką nowej fali HIV u siebie). Skwitowała, że takie rzeczy to się robi z głową; jak mi coś dolega, to nie jej problem, tylko wyłącznie mój. Dziękuję za rozmowę (jaki ja się grzeczny robię w takich popapranych sytuacjach…), po chwili prostytutka puszcza mi sygnał. Tym razem spokojniejszym tonem mówi, że się jej "przypomniało", że inni klienci informowali ją o tym, że robili sobie badania i nic im nie jest, więc jest pewna, że jest zdrowa. Ja jej tłumaczę, że mnie to bardzo cieszy, że ja ją nie obwiniam. Ta mi tłumaczy z politowaniem, że to był tylko lodzik, co z tego że bez gumki; zapewnia, że żadnych ran wewnątrz ust nie ma; uspokaja, że to tak jakby się chciało robić badania po pocałunku. Na to ja kończę rozmowę (bo myślałem, że to koniec): "Wybacz, że cię zaniepokoiłem", rozłączam się, ona tam jeszcze jakieś zdanie zaczynała dłuższe, ale już zbyt byłem spięty, by dłużej rozmawiać, rozłączyłem się.
Jeżeli mam HIV, to zasłużyłem na to w pełni.